niedziela, 24 kwietnia 2016

Zachód spotyka Wschód

Wyrafinowana choreografia, głębokie przeżycia artystyczne, to balet Burza Krzysztofa Pastora w TWON

Krzysztof Pastor w swojej Burzy nie trzymał się wiernie historii opisanej przez Szekspira. Spektakl otworzyła wspaniała, poetycka scena. Stary Prospero, którego zagrał muzyk(!), Abbas Bakhtiari - wirtuoz bębna daf - wpatrywał się w morski horyzont zarysowany na filmowym tle. Scena była spokojna, wręcz melancholijna. Towarzyszyła jej nastrojowa muzyka szesnastowiecznego kompozytora angielskiego Tallisa.

fot. Angela Sterling, Amsterdam
Nagle rozpętała się gwałtowna burza, którą zilustrował muzycznie chrapliwy dźwięk bębna daf, idealnie podkreślający rytm pierwotnego tańca mieszkańców wyspy. Partię wodza Calibana doskonale zatańczył Victor Banka, a towarzyszyła mu grupa tancerzy tworzących plemię Calibana. Artyści zaprezentowali się wspaniale w kostiumach Tatyany van Walsum, która oznaczyła je kolorami, innym dla każdej z czterech scen Burzy: od niebieskiego, przez czerwony, czarny, aż do białego.

Pastor podzielił balet na cztery części, które łączyły kolejne, morskie burze wywoływane przez Prospero z pomocą Ariela (bardzo dobry występ Kristófa Szabó). Widzowie w kolejnych obrazach zapoznali się z historią pobytu głównego bohatera na wyspie.

W pierwszej odsłonie moją uwagę zwrócił wykonawca roli Młodego Prospero, którą tańczył elastyczny i bardzo wysoko skaczący Robin Kent. Bohater Kenta nie pozostawił żadnych złudzeń Calibanowi, którego zainteresowanie wzbudziła córka Prospero Miranda (Dagmara Dryl). Dominujący Prospero wypchnął Calibana z kręgu w centrum sceny oznaczonego czerwoną linią, oddzielając w ten sposób swoją córkę od wodza. Caliban został też oznaczony krwistym okręgiem wymalowanym na jego piersiach.

Późniejsza burza przywiodła na wyspę kolejnych rywali, w tym również Ferdinanda (Patryk Walczak), który natychmiast zakochał się w Mirandzie i szybko uzyskał jej wzajemność. Doszło także do spotkania Calibana, z początku z niepewnymi na obcej ziemi, ale szybko odzyskującymi rezon i pewność siebie Europejczykami: Stephano (Carlos Martín Pérez) i Trinculo (Adam Myśliński). Obaj młodzieńcy w brawurowy sposób usiłowali „ucywilizować” wodza. Ta scena była jedną z najlepszych w balecie. Całą trójkę po chwili paradoksalnie zjednoczyła dzielona przez nich nienawiść do Prospero i tylko Ariel był w stanie opanować sytuację. Duch nasłał na spiskowców rozwścieczone bestie. Była to świetna, z rozmachem wykonana scena zbiorowa, w której artyści pokazali idealne zgranie.

Prospero nie aprobował miłości Mirandy i Ferdinanda, dlatego przedzielił kochanków wielkim, stanowiącym centralny punkt scenografii drzewem. Miłość pokonała jednak wszystkie przeszkody, a zakochanych połączyło na scenie romantyczne pas de deux.

To nie był koniec historii, którą zwieńczono epilogiem. Stary Prospero w tej części pogodził się z tym, że jego córka stała się dorosła i sama wybrała mężczyznę oraz pozbył się uczucia nienawiści. Bohater w końcowej scenie był spokojny i godnie odszedł.

fot. Angela Sterling, Amsterdam
Krzysztof Pastor poruszył w przedstawieniu kilka ważnych problemów, w tym żmudne i czasochłonne dochodzenie człowieka do możliwości przebaczenia innym i sobie. Kolejną wartością spektaklu było umiejętne pokazanie samego przemijania.  W przedstawieniu były widoczne również wątki demaskujące mechanizmy władzy i ciągle obecny, także współcześnie, iście kolonialny sposób traktowania ludzi, w tym przypadku mieszkańców wyspy. Wódz nie był przecież „odpowiednim” zięciem dla Prospero, a szczególnie wymowne było pokazanie protekcjonalnego i polegającego na traktowaniu „z góry” Calibana przez Stephano i Trinculo.

Balet został pedantycznie i drobiazgowo przygotowany. Pastor opracował bogatą i wyrafinowaną choreografię. Uwagę widzów przyciągały znakomite sceny solowe, ale także pomysłowe odsłony zbiorowe, wśród których moją uwagę zwrócił obraz, w którym morskie fale przenosiły na plażę rozbitków. Genialne!

Spektakl wzbogaciły nastrojowe projekcje wideo przygotowane przez parę znakomitych artystów: Shirin Neshat  i Shojego Azari. Obrazy idealnie współgrały z tańcem i nie odwracały uwagi widzów od artystów na scenie. Od czasu do czasu ujęcia filmowe w symboliczny i poetycki sposób pokazywały los współczesnych rozbitków, którzy muszą również uciekać przez morza.

Burza Krzysztofa Pastora zaprezentowana w Teatrze Wielkim Operze Narodowej jest świetnym, dostarczającym wielu wrażeń artystycznych i wzruszającym spektaklem, w którym spotkały się elementy kultury zachodu i wschodu. Wspominając tytuł wspaniałej płyty nagranej w 1967 roku przez legendarnego skrzypka Yehudi Menuhina i wirtuoza instrumentu sitar Ravi Shankara „West Meets East” można powtórzyć, że kolejne, wybitne artystycznie spotkanie Zachodu ze Wschodem zawdzięczamy Krzysztofowi Pastorowi.


 Interesująca rozmowa ze współtwórcami baletu:



Kurzy się!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz